Było…jest…. będzie…

Tajemniczo? Chodzi tylko o te śmieszne rowerowanie.  Było Odra – Nysa w 2015, jest 6000km w 2015 i 4000km w 2016 a bedzię wycieczka z Helu do Maszewa. I to jest Ride of The Year. Oczywiscie w trakcie Le Tour. Normalnie własny rajd, samemu. Fajnie…? No i za pozwoleniem JuJuJusztynki 🙂

Naiwność i głupota

Takie zestawienie to pewny kataklizm. Ja te dwie rzeczy połączyłem. Tym bardziej ja – pomocny żuczek. Prosił człowiek o pomoc – pomogłem. Zrobiłem. Satysfakcja była… niestety nieuzasadniona. Bo gdy pomaga się niezgodnie z obowiązującymi zasadami wtedy prędzej czy później będą problemy. Bezinteresowna pomoc w mniemaniu wielu nie istnieje więc próbując wytłumaczyć mój proceder przyszywa mi się wiele łatek. Niesłusznie. Szkoda. Ale życie jest przede wszystkim takie, że jak coś się robi trzeba za to odpowiedzieć. Duży już jestem więc odpowiem za swoją naiwność i głupotę. Mam nadzieję, że nie zaboli za bardzo. Najważniejsi ludzie są przy mnie.

Czas wprowadzić nowe

A będzie to nic innego jak krótkie relacjonowanie moich rowerowych wojaży – bo warto przecież pamiętać 😉 Więc od dziś zaistnieje nowa kategoria – rower.

Już jutro przyaktakuję Równinę Nowogardzką wraz z ekipą z Goleniowa i Nowogardu. Tour de Powiat już po raz drugi odbędzie się dzięki Adamowi. Załączam info w formie pdfa.

Pierwszy wpis na przeniesionym blogu

Niestety jogger.pl kończy swoją działalność dlatego musiałem przenieść bloga na swój serwer. Nie ma tego złego ale sentyment pozostanie.

Więc:

Waga – 105kg. Obwody takie same lub mniejsze, w 2015 przejechane na rowerze 6000km. W tym roku też już na maszynie i plany są 😉

Palenie – nadal bez. To już dziewiąty rok!

Koniec roku czas na podsumowania

A moim podsumowaniem roku niech będzie wywiad, którego udzieliłem lokalnej gazecie.

80 kilo obywatela mniej

Piotr Kaczor z Maszewa w ciągu roku stracił na wadze równe 80 kilogramów. W walce z tuszą pomogła mu operacja zmniejszenia żołądka, ale o zrzuceniu wagi zdecydowały zasadnicze zmiany w trybie życia, jakie wprowadził w kończącym się roku.

Wiek obywatela?
-36 lat.

Wzrost?
-190 cm

Obecna waga?
-W granicach 102 kilo.

Waga rekordowa?
-Rok temu – 182,6 kilograma…

Pięknie. No to mamy 80 kilogramów obywatela mniej. Porozmawiajmy, jak do tego doszło.
Zacznijmy od tego, jak dorobiłeś się owych 182 kilogramów.
-Najogólniej – fatalne nawyki dotyczące odżywiania i kompletny brak aktywności ruchowej, przede wszystkim sportu.

Chodziłeś przecież do szkoły, miałeś WF jak wszyscy…
-No miałem, miałem… Więcej: mieszkałem 50 metrów od stadionu, piłki podawałem, ale nie miałem w sobie pasji do sportu. I źle, bo dziś widzę, że od dawna były sygnały ostrzegawcze. W rodzinie mam sporo osób z nadwagą, czasem ze sporą, to pewnie również sprawa genów.

Szczerze: lubisz pojeść!
-Jasne, że lubię, to chyba nawet mało powiedziane. Uwielbiam. Moja mama jest kucharką…

Domyślam się, że dobrze gotuje.
-Bardzo dobrze. Tradycyjnie: tłusto, fajnie, po polsku. Sosy, zupy, surówka to tylko symboliczny dodatek do obiadu… No więc na takiej diecie w wieku 15 lat ważyłem już 92 kilo.

Tyle, co ja teraz, a uważam, że i tak ważę za dużo.
-Ja byłem trochę niższy, niż obecnie. I już byłem gruby.

W wojsku byłeś? Bo początki tuszy wielu mężczyzn to okres pobytu w wojsku, gdzie dawali kaloryczne jedzenie, a ruchu było mało.
-Nie byłem, ominęło mnie to. Dość szybko założyłem za to rodzinę, zaczęło się spokojne, rodzinne życie…

A żona zapewne też nieźle gotuje?
-Świetnie, nie tylko nieźle. Od mamy się nauczyła.

Uczono cię, by zjadać wszystko, co znajdzie się na talerzu?
-Zawsze zjadałem wszystko, jedzenie nie mogło się marnować. Nawet teraz, kiedy jem zdecydowanie mniej, staram się niczego nie zostawiać.

Trzeba się nauczyć nakładać na talerz odpowiednie ilości, prawda?
-Teraz to wiem, wcześniej myślałem o zjedzeniu wszystkiego, co się na talerzu zmieściło.

Praca siedząca, jesteś informatykiem.
-Kolejna fatalna okoliczność, na pewno przyczyniła się do katastrofalnej wagi. Jasne, całe dnie przed ekranem, zero ruchu, odruchowe podjadanie… Więc tyło się i tyło, a co najgorsze – na bieżąco tego nie widziałem. Widząc się codziennie w lustrze, nie dostrzegałem zmian w wyglądzie, jakie przecież następowały.

Ale waga swoje jednak pokazywała, od czasu do czasu na wagę wchodziłeś.
-No, i co z tego? Ważę 140 kilo, ale czuję się dobrze, mam przecież 30 lat, z sercem nie mam problemu, cukrzycy nie mam, lekkie nadciśnienie miałem już wcześniej, więc jest OK. Tak przynajmniej o sobie myślałem długie lata.

Ale coraz trudniej było zawiązać but…

-Coraz więcej też mi umykało w życiu. Kiedy wyjeżdżaliśmy z rodziną na wakacje, po wejściu do muzeum nie chodziłem po nim z rodziną, tylko szukałem miejsca, żeby przysiąść, odpocząć. Było mi po prostu ciężko. Początkowo zganiałem to na brak kondycji, bo nie uprawiałem żadnego sportu. A to już były początki kryzysu; sił nie miałem, bo już byłem za wielki. I przy wadze 142 kilo podjąłem pierwszą walkę o zbicie wagi.

I pewnie poszedłeś do dietetyka.
-Właśnie tak zrobiłem. Pani doktor dała mi jakąś tam dietę, wspomniała, że przydałoby się trochę ruchu. Nie, że koniecznie. Przydałoby się – powiedziała. Proponowała jakieś tabletki.

Efekt?
-Udało mi się zrzucić 20 kilogramów. Ale popełniłem kardynalny błąd: odchudziłem się, ale nie zmieniłem stylu życia. Nie wierzyłem, że wrócę do wagi sprzed kuracji, że nie będzie efektu jo-jo.

I w nagrodę za dyscyplinę i schudnięcie dałeś sobie nagrodę. Zakąsiłeś.
-Pomyślałem: schudłem, teraz już mogę jeść. Tak, dałem sobie nagrodę. I ze 120 kilogramów zrobiło się 160.

Klasyczne jo-jo gigant. Waga odzyskana ze sporym naddatkiem. Długo to trwało?

-Zrzucenie 20 kilo trwało dwa miesiące, przytycie o 40 – około rok. Spokojnie, metodycznie sobie tyłem, ale nic nie robiłem, by ten proces powstrzymać. Przytyłem do 170 kilo… Poczułem, że jest źle, kiedy tańcząc, przy jakimś tam zawijasie, uszkodziłem sobie w kolanie łąkotkę. Nie przy sporcie, ale w normalnym, dość spokojnym tańcu. Przeraziłem się.

I wreszcie postanowiłeś problem rozwiązać?

-Tak, w grudniu 2011 roku poszedłem w Maszewie do pani dr Stenki, która zdecydowała się mi pomóc. Ona pierwsza mocno podkreślała potrzebę intensywnego, regularnego wysiłku fizycznego, ruchu. Ale ja tej aktywności nie wykazywałem, po trzech miesiącach nie widziałem realnego rezultatu, czyli chudnięcia, zniechęciłem się. Na szczęście, moja żona nadal miała z nią regularny kontakt i one razem doszły do wniosku, że jedynym dla mnie ratunkiem jest poradnia leczenia otyłości, bo sam sobie nie poradzę z problemem.

Krótko mówiąc, byłeś czymś w rodzaju uzależnionego od jedzenia?
-Chyba tak. No więc od marca do września 2012 czekałem na wizytę w poradni, a w tym czasie przytyłem o kolejne 10 kilo, ważyłem już 180… Po drodze były wakacje, kiedy bałem się wsiąść do łódki, bo pod moim ciężarem się przewracała. Kompletna tragedia.

Mamy wrzesień 2012, wizyta w poradni.
-180 kilo, indeks BMI 51, czyli kliniczna otyłość. Jak najbardziej pasuję do miejsca, czyli poradni w Zdunowie. Zakwalifikowano mnie do operacji, przeprowadzono ją 7 listopada ubiegłego roku. To data, od której liczę nowe życie.

Co to za operacja?
-Wycięcie 80 procent żołądka – mankietowa resekcja wykonana przez dr Krzysztofa Kaseję. Laparoskopem, więc jeszcze tego samego dnia kazano mi chodzić. W szpitalu byłem dwa tygodnie, zrzuciłem 17 kilogramów, bo żywiłem się wyłącznie zupkami podawanymi w niewielkich kubkach.

Wychodząc dostałeś pewnie wiele wskazówek, jak dalej żyć?
-Myślę, że najważniejsze co usłyszałem od dr Bartosza Kowalewskiego: że staję właśnie przed szansą na zmianę swojego życia, przed szansą na nowe, inne życie. I że ode mnie zależy, czy tę szansę wykorzystam. Uświadomiono mi, że zmniejszenie żołądka samo w sobie nic nie załatwi, jedynie pomoże mi w walce z otyłością. Ale walczyć z nią muszę sam, kompletnie zmieniając swoje życie.

Przeprowadzono ci pewnie w szpitalu dokładne badania. Ich wynik?
-Ruina. Prawie wszystkie wskaźniki przekroczone, czasami kilkakrotnie. Miałem wtedy 35 lat, a organizm 50-latka.

Jakieś wskazówki żywieniowe były na pewno.
-Żadnego konkretnego jadłospisu. Dużo białka, mało tłuszczu – usłyszałem. I ruch.

Tym razem zalecenie by się ruszać, potraktowałeś serio, bo pamiętam płynące od ciebie informacje o kolejnych osiągnięciach.
-Wciąż byłem wielki, więc nie było mowy o bieganiu czy rowerze. Ale chodzenie z kijkami, czyli nordic walking – to było to! Zacząłem chodzić na coraz dłuższych trasach. Spodobało mi się to, spodobał mi się w ogóle ruch. Zacząłem poznawać świat, jakiego dotąd nie znałem: ptaki, zwierzyna w lasach. Zamiast w święta siedzieć i jeść – zasuwałem z kijkami po polach. W kwietniu 2013 ważyłem o 40 kilo mniej, niż tuż przed operacją.

Zasadnicze zmiany zaszły jednak w diecie.
-Jasne. Wypadła z jadłospisu wieprzowina, czyli tłuste mięso. Pojawiły się ryby, sery, nabiał, warzywa, owoce. Pieczywo tylko ciemne, ale w niewielkich ilościach, minimalne ilości kasz i makaronów. No i przede wszystkim dużo mniejsze, niż niegdyś ilości jedzenia.

A konkretnie?
-Na przykład trzy kanapeczki w ciągu dnia i pół piersi kurczaka, plus coś do picia. I to wystarczało, by mężczyzna o wzroście 190 cm żył i normalnie funkcjonował.

A waga wciąż spadała?
-Do maja był czas, że dziennie zmniejszała się o około kilogram…

Kilogram dziennie??
-Tak, każdego dnia kilo mniej. Chudłem w oczach. Mało jadłem, dużo się ruszałem, zacząłem jeździć na rowerze – zupełnie nowe doznanie, wcześniej roweru nie było w moim życiu aż tyle. Owszem – jeździłem ale nie z taką radością jak teraz. Zakochałem się w kolarstwie. Jeżdżę około 15 kilometrów dziennie, nie rzucam się na wielki wyczyn. Do końca czerwca waga spadła mi łącznie o około 70 kilogramów. Pod koniec miesiąca pojechałem do Zdunowa na badania. Pojechałem rowerem, pierwszy raz w życiu tak daleko. Wyniki miałem wzorowe, choć obawiałem się, czy moja dieta jest prawidłowa. Okazało się, że jedząc wszystko w rozsądnych ilościach, unikając jedynie tłuszczów i nadmiaru węglowodanów, jestem w doskonałej formie. Lekarze byli zdumieni, że jest aż tak dobrze.

Niedyskretne pytanie: skóra nadążała się kurczyć?
-Na szczęście tak. Wiem, że to bywa częstym problemem, po otyłości często zostaje niemiła pamiątka w postaci luźnej, zbyt obszernej skóry, którą trzeba zmniejszać operacyjnie. U mnie tego problemu nie było, skórę mam właściwego rozmiaru.

Mamy więc lato, chudniemy dalej?
-Ale już wolniej, do października straciłem jeszcze 10 kilo i tu się spadek zatrzymał, gdzieś na poziomie 102-103 kilo. Tkanki tłuszczowej jeszcze ubywało, ale przybywało mi masy mięśniowej, a to skutek uprawiania sportu. Bo mogę powiedzieć, że wreszcie zacząłem uprawiać sport, a nie tylko się ruszać…

Maraton rowerowy?
10 sierpnia, maraton wokół jeziora Miedwie, 58 km. Startowałem z nadzieją, że po prostu go ukończę. Wynik: na 1200 startujących, jestem na około trzechsetnej pozycji. Skończyłem go bez wysiłku. Możesz sobie wyobrazić, jakie to było budujące!

Ile teraz ważysz?
-Nic się nie zmieniło, nieco ponad 100 kg. Być może osiągnąłem swoją wagę fizjologiczną i więcej nie schudnę. Ale ważę dokładnie 80 kilogramów mniej, niż rok temu. To jest świetne uczucie, ale najbardziej cieszy mnie, że udało mi się kompletnie odmienić swoje życie, że mogę robić wszystko, co robią ludzie w normalnej wadze. A przede wszystkim, że mogę się cieszyć tym, czego do niedawna w ogóle nie znałem: możliwością uprawiania sportu. Przede wszystkim jeżdżę rowerem, ale też chodzę z kijkami, nawet biegam. 11 listopada wziąłem udział w Goleniowskiej Mili Niepodległości, przebiegłem milę!

No dobrze, zmieniłeś swoje życie. Ale nie obeszło się pewnie bez zmian u reszty członków rodziny?
-Oczywiście, zmienił się sposób odżywania całej mojej rodziny. Dzieciakom może niekoniecznie to się do końca podoba, ale nie chcę, by w życiu popełniły te same błędy, co ja. Dlatego wszyscy jemy inaczej i mniej, dużo się ruszamy, jesteśmy aktywni. Mam zakodowane, że jedynie aktywne życie i dużo ruchu uchroni mnie przed powrotem do dawnej wagi. Chcę czy nie chcę, muszę się ruszać. Na szczęście – chcę.

Powiedz jeszcze, jaki wpływ na twój sukces miała operacja zmniejszenia żołądka i czy bez nie byłbyś w stanie poradzić sobie z problemem zbędnych dziesiątek kilogramów wagi?
-Nie poradziłbym, to pewne. Przecież już wcześniej próbowałem i nie dałem rady. Sprawy nie załatwi sam sport, bo on jest świetny jako narzędzie utrzymania prawidłowej wagi, ale jak uprawiać sport, kiedy się waży 180 kilo? Zmniejszenie żołądka było decydujące na samym początku, ogromnie pomogło mi w zmianie nawyków żywieniowych i zrzuceniu pierwszych kilogramów.

W jaki sposób?

-Wycięto mi dużą część żołądka, między innymi tą, która odpowiada za uczucie fizycznego łaknienia. Teraz po prostu nie czuję tzw. ssania z głodu. No i przede wszystkim mogę przyjmować tylko niewielkie ilości jedzenia, precyzyjnie określone. Organizm po prostu więcej nie przyjmie. Nadmiar jedzenia kończy się natychmiastowymi wymiotami. Może nie będę rozwijał tego tematu, ale zapewniam: organizm skutecznie zniechęca do wszelkich prób objadania się. Po prostu się nie da. Co nie znaczy, że zachęcam do operacji zmniejszenia żołądka; to tak naprawdę poważna zmiana w funkcjonowaniu organizmu, może mieć skutki uboczne i nie zapewnia automatycznego powrotu do grona szczupłych.

Lepiej po prostu nie utyć.

-Otóż to.

Rozmawiał: C. Martyniuk (obecnie 92 kg, rekord – 117)

Rocznica

Całkiem niedawno – przed miesiącem – minął rok od operacji, przy tej okazji byłem w szpitalu na okresowych badaniach. Zarówno badania jak i waga wprawiły lekarzy i kolegów chudnących w radość – nie wspomnę jak bardzo mnie zadowoliły te nad wyraz dobre wyniki badań. Myślałem, że będą słabsze, że gdzieś jednak popełniam błąd w odżywianiu – a jednak nie!
Jeśli chodzi o wagę to okolice 103kg się utrzymują więc chyba na -80 się skończy choć muszę przyznać, że aktualnie nie robię nic aby się odchudzać – teraz ‚tylko’ trzymam formę.
Co jeszcze dobre Justyna wróciła do aktywności. Wreszcie bo wkurzona już na wagę była – ale cóż było poradzić jak zdrowie się psuło. Na szczęście naprawiliśmy tematy i jest znowu dobrze i będzie chudła.

Stabilnie ale ciągle mniej ;-)

Ostatnio pisałem o wycieczce oraz mojej wadze w lipcu, kiedy to doszedłem do 108kg czyli 74 kilogramów mniej od wyjściowej wagi w listopadzie. Długo trwało aby zejść te kilka kilogramów co mam teraz mniej bo dziś wybiło mi 104 kilo wagi czyli 78kg mniej. Fakt, że w tym czasie najintensywniej jeździłem rowerem, który to nie sprzyja spadkowi wagi a raczej przyrostowi mięśni – jednak 78 kilogramów mniej cieszy najbardziej. W czasie od ostatniego wpisu przejechałem maraton rowerowy – 58km bez przystanku i z całkiem niezłym czasem (2:11) jak na nowicjusza, który jeździ od kwietnia. W sumie od połowy maja kiedy to kupiłem licznik to przejechałem prawie 1500km 🙂

Więc… jedziemy dalej!

Pierwsza poważna wycieczka rowerowa

Od czasu operacji cyklicznie muszę jeździć do szpitala w Zdunowie na badania, które jak do tej pory wypadają doskonale. Tym razem termin przypadł na 7. czerwca a więc w czas kiedy jest już ciepło oraz minęło już dwa miesiące od pierwszego wyjazdu rowerowego. Decyzja była szybka – jadę rowerem – lekko ponad 30km w jedną stronę.
Wystartowałem o 7 rano – dosłownie jak z procy – średnia do pierwszego przystanku po 10km była 28km/h – zawrotna ale i pogoda świetna bo chłodno i podniecenie niesamowite. Pierwszy mały postój za Przemoczem gdzie wjeżdżam na drogę DW142 – tzw. betonkę a dokładnie RAB.

Do Szczecina

Betonką nie jedzie się najlepiej – margines jest w złym stanie technicznym a po jezdni zasuwają auta. Ale jadę… jadę. Jest już ponad 20km i czuję, że mięśnie pracują. Oczywiście cały czas popijam wodę, zjadłem też batona. Jak wjeżdżałem na lotnisko to postanowiłem na jego końcu zrobić przerwę – jadę i jadę a to ponad dwa kilometry jednak – jak to lotnisko 😉

lotnisko

Do Szczecina dojechałem około 8.00 rano kiedy ludzie do pracy podążali – czekali na autobusy – a ja rowerkiem 😉

Do pracy

Choć czułem lekkie zmęczenie to radość już pchała mnie do przodu bo zwiastuny sukcesu już namacalne;

Jeszcze tylko kawałeczek, Wielgowo, jedno skrzyżowanie i jest:

Zdunowo

JEST SUKCES – dojechałem! Szczęśliwy! Według endomondo 29km.

Zabezpieczyłem rower i na badania.
W szpitalu kwitłem do 13 bo od rana badanie krwi, następnie grupa wsparcia (poczekalnia pełna takich jak ja – po operacjach i w trakcie chudnięcia) aż na koniec lekarze zszokowani, zdumieni, niedowierzający bo -70kg w 7 miesięcy to jest sukces. Zapytali czy robili mi zdjęcia przed operacją i czy mogą teraz zrobić – więc miałem swoją sesję zdjęciową, dodali jeszcze, ze jest wzorowo, żeby chudnąć dalej, i że widzimy się w listopadzie.

Droga powrotna już nie była taka lekka. Godzina 13, pełne słońce, czarne lekko ocieplane spodnie – nie pomagało mi to i w tą stronę miałem zdecydowanie więcej postojów… Kurwidołek ale nie na kurwidołku 😉

Na lotnisku minął mnie Marecki swoim Roverem:

MareckiPo krótkiej pogawędce pojechałem dalej. Kolejna przerwa przypadła nad Iną, w której miałem ochotę się wychlapać.

Przystanąłem jeszcze w Przemoczu w sklepiku gdzie zjadłem kaszankę i loda, który to zestaw następnie po drodze zwróciłem 😉 (mały żołądek).

Wjeżdżając do Maszewa miałem dokładnie 60km na ośce
Licznik
to jeszcze nie koniec był bo właściwie dopiero kościół zobaczyłem.

Maszewo

Byłem na prawdę wyczerpany ale to nie było zupełnie ważne bo szczęście z przebytej drogi było zdecydowanie większe. Dojechałem na rynek gdzie miałem sprawę jeszcze do załatwienia i tam pękło 63km i 250m – SZOK! RADOŚĆ!!!

Koniec

Dziś minął miesiąc od tego wyczynu. Ważę 108kg czyli 74 kilo mniej a 60km to przejechałem znowu – na treningu przed Maratonem MTB dookoła Miedwia, w którym wezmę udział 10. sierpnia. CZOŁEM!